3. DREWNIANYM JACHTEM GDZIEŚ NA ATLANTYKU

Odcinek 3

Dzień pierwszy

30 maja 2013

(ciąg dalszy)

Drugi etap podróży, rozpoczęty o wpół do drugiej po południu, niezbyt płynnym startem samolotu w Mediolanie zakończył się pomyślnie w Lizbonie. Jedynie lądowanie na pasie lotniska było jakieś szarpane, niespokojne.

Tutaj w Portugalii jestem po raz pierwszy. Jest kwadrans po 15.00, a odlot na Terceirę mamy o godz. 18.20. Dysponujemy zatem chwilą przerwy w podróży. Poszliśmy więc z Halinką do kawiarni na terenie lotniska, aby wypełnić ten wolny czas. Wypiłem, podawaną po portugalsku, w kieliszku, oryginalną kawę. Właściwie było to mocno spienione mleko z dodatkiem bardzo mocnej kawy. To dość specyficzny napój. Jeszcze przed odlotem wizyta w sklepie wolnocłowym. Mam zamiar kupić butelkę whisky, która dodałaby splendoru wieczornemu uroczystemu rozpoczęciu rejsu na Terceirze. Ale ten zamysł nie wypalił.  Ekspedientka po odbiciu mojej karty pokładowej w kasie zakomunikowała mi – tak wówczas zrozumiałem jej stwierdzenie – że to jest końcowy etap lotu i nie mogę kupić tego alkoholu. Flaszkę odstawiłem na sklepową półkę i jak niepyszny wyszedłem z marketu. Do dziś nie rozumiem, o co w rzeczywistości chodziło. Wracając do Halinki oznajmiłem, że wieczorem już na miejscu, inauguracja rejsu przez Atlantyk odbędzie się przy udziale, przeznaczonej na czarną godzinę, Żołądkowej Gorzkiej, którą mam w bagażu, a nie butelki Ballantinesa, której nie udało mi się kupić w sklepie na lotnisku.

Przy wejściu na pokład samolotu, czytnik na bramce nie przyjął, przy pierwszym podejściu, mojej karty pokładowej. Brak potwierdzenia na ekranie czytnika, speszył mnie. Przy drugiej próbie wszystko już było w należytym porządku i odetchnąłem z ulgą. Stewardesa uśmiechnęła się i miałem wrażenie, że też jest zadowolona z takiego obrotu sprawy. Lot przebiegł bez zakłóceń i wkrótce wylądowaliśmy na Terceirze, jednej z dziewięciu wysp Archipelagu Azorów. Znowu lądowanie było twarde, samolot dość mocno uderzył podwoziem o pas startowy lotniska, aż odpiął się stolik od fotela przede mną. Czyżby jakieś fatum nade mną zawisło i daje znać o sobie? I choć wydaje mi się, że nie jestem człowiekiem przesądnym, to czekające mnie długie żeglowanie przez ocean sprawia, że wszędzie zaczynam dopatrywać się jakiś znaków czy sygnałów. Po prostu nadwrażliwość. Na lotnisku czekali na nas: Anka i Józek. Do wynajętego samochodu załadowaliśmy bagaże i udaliśmy się do hotelu Beira Mar w Angra de Heroismo.

Wieczorem zakończyliśmy dzień popijając w hotelowym pokoju Porto. Odrobina alkoholu wyraźnie poprawiła atmosferę, która stała się taka zwyczajna. Ale Anka – doświadczona przecież żeglarka, uczestniczka wielu rejsów wie doskonale, że to wszystko nie jest takie proste. Dała temu wyraz w stwierdzeniu, że musimy wszyscy „siebie nawzajem nauczyć się”, poznać i zaakceptować przymioty, ale także przywary i wady. Każdy z nas jest inny, ale razem możemy stworzyć sprawną i skuteczną załogę.

Życie na jachcie, na małej przestrzeni zmusza do codziennego całodobowego obcowania ze sobą i wówczas, często drobiazgi urastają do rangi problemu. Napięcia narastają w miarę upływu czasu. Sprzyjają temu trudne warunki zewnętrzne, oderwanie od zwyczajnej codzienności, do której każdy z nas przywykł. Najważniejsza jest jednak osobowość każdego z nas.  Niejednokrotnie irytuje to, że ta druga osoba po prostu istnieje.

Fot.1. Uczestnicy wyprawy na SHISPARE w 1974 roku. Najwyżej: Andrzej Młynarczyk. U góry z tyłu: Hubert Bleicher, Piotr Kintopf – lekarz wyprawy, Leszek Cichy, Maciej Piątkowski, Martin Albanus. W rzędzie środkowym:  kpt. Azar Qayyun – oficer łącznikowy armii pakistańskiej,  Janusz Kurczab – kierownik wyprawy, Heinz Borchers, Mirosław Dąbrowski, Jan Holnicki-Szulc, Od lewej na dole: Herbert Oberhofer,  Ryszard Marcjoniak – kierowca wyprawowego Stara 29, Marek Grochowski, Jacek Poręba i Ibadat – kucharz Pakistańczyk.

Tego typu postawy i relacje międzyludzkie poznałem wcześniej z autopsji będąc uczestnikiem wypraw górskich w Himalaje w 1974 i w 1976 roku. Przychodzą mi na myśl teraz niektóre przykłady takich zachowań. Wówczas w 1974, w polsko-niemieckiej wyprawie na dziewiczy szczyt Shispare (7619 m npm.) byłem kierowcą samochodu wyprawowego – Stara 29. Ciężarówką przewoziliśmy do Pakistanu w rejon eksploracji gór masywu Batura sprzęt alpinistyczny i jedzenie na wyprawę. A ponadto podróżowała nią część alpinistów biorących udział w ekspedycji: czterech Polaków i trzech Niemców. O dziwo, podczas przejazdu podział w tej międzynarodowej grupie nie przebiegał po linii narodowościowej, jak można byłoby przypuszczać, ale wytworzył się ze względu na zajmowane miejsce w aucie. Powstały samoistnie dwie grupy; pierwszą stanowili ci, którzy byli razem ze mną w szoferce, a drugą – jadący na pace, tzn. na skrzyni ładunkowej. Takie to były czasy i takie formy podróży. Przy jakichś niedoskonałościach wyboru – często dokonywanego przeze mnie – trasy przejazdu, miejsca postoju itp. dochodziły ze skrzyni dobrze słyszalne, sarkastyczne stwierdzenia typu „trzy tęgie głowy z szoferki” coś wymyśliły. W drugą stronę też działał ten sam mechanizm. Podczas pokonywania samochodem niejednokrotnie wykutych w skałach, zawieszonych wysoko, górskich dróżek w dolinie Indusu i Hunzy, mogło wywołać wrażenie ryzyka takiej jazdy. Miałem tego świadomość. A mimo to zaczęła mnie denerwować powtarzana uwaga przez Huberta – jednego z Niemców „Riszard, du musst vorsichtig sein ist gefährlich.” Myślałem wówczas poirytowany – po co mi to mówi, przecież jadę na miarę swoich możliwości, a więc bezpiecznie. Takich błahych powodów powstawania drażliwych sytuacji jest bardzo wiele. Nie sposób je przewidzieć. Problemem jest to, że mimo chęci zbagatelizowania ich i nie ulegania im samokontrola jest trudna.

Fot. 2. WARSZAWA 1976. Z Andrzejem Łapińskim przed wyruszeniem do Islamabadu stolicy Pakistanu ze sprzętem i żywnością narodowej wyprawy na K2

Natomiast w 1976 roku w ramach narodowej wyprawy na K2 wspólnie z Andrzejem Łapińskim prowadziliśmy na zmianę wyprawowego Jelcza 316 z wleczona osią z Warszawy do Islamabadu w Pakistanie. Towarzyszył nam Janek Koisar – lekarz wyprawy, chirurg, doktor nauk medycznych. To długa droga licząca 10 tysięcy kilometrów. Nagle trzech młodych ludzi przeszło wprost z normalnych warunków życia do małej przestrzeni szoferki jadącego dzień i noc samochodu, praktycznie bez postojów na popas. Obydwaj z Andrzejem cieszyliśmy się już pewną renomą jako kierowcy wyprawowi w Klubie Wysokogórskim w Warszawie co mogło być zarzewiem pewnej rywalizacji, chęci zaprezentowania się z jak najlepszej strony. Komfort podróżowania zapewniały nam dwa siedzenia: kierowcy i pasażera oraz łózko za fotelami. Gdy jeden z nas prowadził samochód, to drugi spał na tym prowizorycznym posłaniu. Janek przez cały okres podróży korzystał tylko z fotela pasażera. Nie było łatwo. Ale wszyscy mieliśmy już doświadczenie wyniesione z uczestnictwa w wyprawach i doskonale wiedzieliśmy, że trzeba bardzo zabiegać o dobrą atmosferę by nie dopuścić do zadrażnień. Niejednokrotnie trzeba przełknąć gorzkie, nieopatrznie wypowiedziane słowo czy też nie zauważać irytujących gestów lub zachowań. Nam się udało.

Fot. 3. AFGANISTAN 1974 – powrót ze Shispare przez pustynię północnego Afganistanu

F1010035 — kopia

Fot.4. AFGANISTAN 1974 – na karawanowym szlaku gdzieś między Mazar-i-Szarif a Heratem

F1010018 — kopia

Fot. 5. AFGANISTAN 1974 – pustynia w północnym Afganistanie

Stare dzieje…, ale problemy współistnienia na wyprawach czy rejsach są nadal takie same, mają ten sam charakter gdyż u ich podstaw legły te same czynniki.

Ryszard Marcjoniak

cdn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *